Jak zaczęłam praktykować jogę ?
Był to rok 2019… Mieszkałam wtedy w Warszawie i pracowałam w Kancelarii. Przeprowadzając się do stolicy chciałam się rozwijać artystycznie. Niestety ten plan nie do końca się ziścił bo fizycznie nie miałam na to czasu i pieniędzy. Jednocześnie pracowałam i mieszkałam w Warszawie oraz jeździłam na studia do Gdyni.
Przyszedł czas, że jako ,,emerytowanej” tancerce zabrakło ruchu. Pomyślałam: wszyscy chodzą na siłownię, to ja też pójdę. Tak się też stało. Zadzwoniłam do koleżanki i mówię ,, KAŚKA IDZIEMY!!! Nie ma dyskusji”. Chodząc regularnie na siłownię cały czas mi czegoś brakowało w tym. Podnoszenie ciężarów to raczej nie moja bajka 🙂 Warto zaznaczyć, że nie chciałam schudnąć czy wyglądać jak kulturystka. Ja po prostu szukałam ,,TEGO CZEGOŚ” co dawały mi tańce. Tej radości z ruchu, tego zmęczenia i spokoju w jednym. Wspaniałe uczucie…
Pewnego sierpniowego dnia moja koleżanka nie mogła ze mną iść, a ja twardo mówię dobra pójdę sama. Zerknęłam z ciekawości jaki mają grafik zajęć grupowych. Byłam tam już na kilku fitnessach i dalej to nie była moja bajka. Tego dnia w wieczornym grafiku były zaplanowane zajęcia jogi. Pomyślałam sobie ,, oho dzisiaj właśnie potrzebuję takiego lajtowego ruchu” i zapisałam się. Kilka miesięcy wcześniej byłam na jodze w fitness club-ie. Nie za bardzo mi się podobało dlatego szłam z nastawieniem, że to kolejne zajęcia z tego cyklu. Oj teraz już wiem jak bardzo się myliłam. Kochani wszystko zależy od nauczyciela. Ja tym razem trafiłam na WSPANIAŁĄ joginkę. Cudowny, doświadczony, z ogromną wiedzą nauczyciel, a przede wszystkim równy człowiek 🙂 To ona sprawiła, że zakochałam się w praktyce. Zajęcia były prowadzone metodą Iyengara. Wtedy dokładnie poczułam to czego potrzebowałam. Moje mięśnie (niektórych chyba nigdy w życiu nie używałam) były w siódmym niebie. Od razu znalazłyśmy wspólne flow. Jak to ja zaczęłam zadawać tysiące pytań i dopytywać. Zawsze miała czas i chęć żeby mi na nie odpowiedzieć z uśmiechem. Niestety wiedziałam, że tak naprawdę na praktykę w Warszawie został mi miesiąc, bo planowaliśmy przeprowadzkę. Korzystałam z zajęć ile mogła i tak oto przypadkowe spotkanie z cudownym człowiekiem zaowocowało moją nową miłością.
Ta nauczycielka do tej pory wspiera moją jogową drogę i zawsze mogę liczyć na jej pomoc czy radę.
Po między przeprowadzkami mieliśmy jeszcze wyjazd do Grecji…
Nie jogowy, tylko wypoczynkowy, ale to właśnie tam dostałam kolejne znaki, które dały mi do myślenia, że to właśnie tego mi brakowało.
Wrzesień 2019… Mieszkanie w Warszawie już wypowiedziane, wypowiedzenie w pracy także. Teraz czekał nas wspaniały wyjazd do Grecji. Zastanawiałam się już czy w nowym miejscu zamieszkania będę miała gdzie praktykować, ale jeszcze nie byłam jakoś tym zestresowana bo do tej pory praktykowałam 1-2 razy w tygodniu. Także potrafiłam spokojnie rozpocząć dzień bez porannej praktyki.
W tamtym momencie był to dla mnie tylko ruch, a dokładniej jego forma, która mi doskonale odpowiadała i sprawiała radość,. Brałam to trochę jako wyzwanie. Nie miało to nic wspólnego z głębszą filozofią jogi. Bardziej brałam to jako gimnastykę (o ile w ogóle można tak powiedzieć)
Ale wracając do wakacji w Grecji…. Nie było mi w głowie tam ćwiczyć ani nawet myśleć o zajęciach jogi. Przez pierwszą część wyjazdu tak było. Jednak pewnego dnia kiedy odpoczywaliśmy na plaży w Atenach. Mój chłopak powiedział; ,,dość tego leżenia, biegniemy TAM zobaczyć zachód”. Jak możecie się domyśleć ,,TAM” było daleko, pod OGROMNĄ górę, a my byliśmy wymęczeni słońce i trochę głodni. Mieliśmy jakieś 15 min do najpiękniejszego widoku. Nasi przyjaciele postanowili zostać na plaży, a ja zostałam lekko przymuszona 🙂 do pójścia na zachód. Biegliśmy pod tę górę, ale w pewnym momencie jakiś samochód się nad nami zlitował i podwiózł nas na samą do celu. Rozejrzeliśmy się dookoła a tam piękny klif i widok na ogromne Morze Śródziemne. Dzięki podwózce byliśmy jeszcze przed czasem. Usiedliśmy na kamieniach i odtajaliśmy ten spontaniczny wyskok. Siedzą zobaczyłam, że zaczynają się schodzić pojedyncze osoby z matami. Pomyślałam sobie co to będzie i zagadałam do jednej Pani z pytaniem co tu się będzie działo. Jej uśmiech normalnie mnie oślepił zaczęła opowiadać mi że to są zajęcia jogi, że są po angielsku, że mogę dołączyć. Ja oczywiście przerażenie w oczach. ,, Ale ja praktykuję od miesiąca i to tylko raz/dwa razy w tygodniu, ale nie mam swojej maty, ale nie dam rady po angielski” Ta Pani wzięła mnie i zaprowadziła do prowadzącej, która w sekundę załatwiła mi matę miejsce do praktyki i powiedziała ,, NO WORRIES”. Matą był jakiś ręcznik i coś pod kolana :). Jakbyście widzieli moją minę. Myślę że mogłam wyglądać zabawnie. Nie byłam w ogóle przygotowana. W OGÓLE…. miałam na sobie strój kąpielowy i jakąś sukienkę. Na prędce Adrian zamienił się ze mną ubraniem i dał mi swoje spodenki żebym nie świeciła pośladkami. On biedny jedynie musiał się przy ludziach przebierać. No hit mówię wam. Każda najmniejsza gwiazda mi sprzyjała i pomagała mi żebym wzięła udział w tych zajęciach.
Te zajęcia były naprawdę wyjątkowe, zachodzące słońce szum fal. Coś wspaniałego.
Wtedy już przepadłam na dobre i tak jest do dzisiaj.
Leave A Comment